Pierwszy rozdział! Nareszcie naszła mnie wena;)
***
Najgorsze jednak dopiero miało nastąpić. Ani łódki, ani naszego ośrodka, ani naszych bliskich nie widziałyśmy nigdzie! Na miejscu naszych letnich domków stała duża grupa dziwnie poubieranych ludzi.
- Marta, może warto byłoby zapytać tych ludzi, co się tutaj dzieje… - Ewa ubrała w słowa moje myśli.
Skinęłam tylko głową. Cóż innego mogłyśmy zrobić?
Zauważyłam, że u ramienia nadal wisi mi mój niebieski, nieprzemakalny plecak. Odetchnęłam z ulgą. Dobrze, że chociaż on przetrwał razem ze mną.
Nie mówiąc już nic, zaczęłyśmy z Ewą płynąć w stronę brzegu. Im bliżej byłyśmy, tym dziwniejsze wydawały nam się ubrania stojących tam ludzi. Mieli na sobie bowiem jakieś dziwne kaftany i spodnie z brunatnego materiału, a kobiety – takie same suknie. Z czymś mi się to skojarzyło, ale nie mogłam sobie tego przypomnieć dokładnie.
Byłyśmy już na płyciźnie, kiedy ludzie podbiegli do nas, wykrzykując słowa w jakimś dziwnym języku, który tylko trochę przypominał znany nam angielski. Dlatego byłyśmy wyjątkowo zdumione, kiedy zorientowałyśmy się, że nie mamy problemów ze zrozumieniem tego, co mówią. Wiem to po zadziwiająco przerażonym spojrzeniu, jakie przesłała mi przyjaciółka.
- To Pani Nenufarów!
- Tak, to lady Elaine d’Astolat!
- Pani na Shalott!
- Patrzcie! To Pani Jeziora! Pani Jeziora!
„Pani Jeziora” była chyba wykrzykiwana najczęściej. Dopiero po pewnym czasie przypomniałam sobie, skąd znam te wszystkie tytuły…
- Legenda o królu Arturze i rycerzach Okrągłego Stołu! – szepnęłam ni to do siebie, ni to do Ewy, bo przez chwilę znalazłam się jakby w innej rzeczywistości i nie mogłam otrząsnąć się z wrażenia.
Przyjaciółka chyba mnie usłyszała, bo kiedy już otrzeźwiałam, zauważyłam, że skinęła głową.
Próbowałam powiedzieć jej coś jeszcze, ale wśród tych wszystkich okrzyków, które nas otaczały, ludzi, którzy nas obejmowali z okrzykami radości i pieśnią na ustach sadzę, że na pewno by mnie nie usłyszała.
Przez głowę z prędkością światła przelatywały mi myśli: Gdzie jesteśmy? Co my tu w ogóle robimy? Dlaczego ci ludzie tak wyglądają i mówią? Czy to plan jakiegoś filmu albo reality-show?
Byłyśmy obie półprzytomne, kiedy prowadzili nas przez las chyba na północ. W końcu dotarliśmy do dużej polany, na której stała nieduża lepianka. „Tak” – pomyślałam – „najprędzej jest to plan jakiegoś filmu…”
Z tego „czegoś” wyszedł wysoki starzec w długiej szacie, z szarego materiału – chyba trochę lepszego od tego, z którego uszyto ubrania naszych przewodników. Może to był reżyser, który miał wyjątkowo osobliwe poczucie humoru?
Zatrzymaliśmy się przed mężczyzną i wtedy jeden z ludzi wyszedł na przód i giąc się przed nim w głębokim ukłonie, powiedział:
- O, wielki Merlinie! Tak, jak głosiła twoja przepowiednia, tego ranka pojawiła się szlachetna, poszukiwana od lat, Pani Nenufarów, Elaine d’Astolat, lady Shalott! – w tym momencie wskazał na Ewę, a ja zauważyłam, że spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami i była bliska parsknięcia głośnym śmiechem. Zamiast tego założyła ręce na piersi i z krzywym uśmieszkiem obserwowała go.
Ale to jeszcze nie był koniec. Mężczyzna chyba nawet nie zauważył reakcji Ewy, bo ciągnął dalej, tym razem wskazując na mnie. Mówił podniosłym głosem, a wokoło niego panowała niczym niezmącona, poważna cisza.
- Jednak, co ważniejsze, wyciągnęła ją, wynurzając się z wody, sama, wielka i potężna Pani Jeziora, królowa legendarnego Avalonu!
W tym momencie obie z Ewą nie wytrzymałyśmy i wybuchnęłyśmy głośnym śmiechem. Łzy pociekły mi nawet po policzkach i poczułam skurcze w brzuchu, tak nieprawdopodobne wydawało nam się to, co ten nawiedzony człowiek powiedział.
Ludzie dookoła nas zaczęli dziwnie szeptać między sobą. Wszystko ucichło dopiero na dźwięk głębokiego, silnego głosu człowieka nazwanego Merlinem.
- CISZA!
Nawet mnie i Ewie przeszła ochota na żarty. Ale tylko przez chwilę. Moment później zaczęłyśmy prawie pokładać się ze śmiechu.
Mężczyzna zmierzył nas surowym spojrzeniem, po czym rzekł:
- Pozwolicie, dobrzy ludzie, że sam porozmawiam z tymi szlachetnymi damami…
Ku naszemu ogromnemu zdumieniu, „Merlin” podszedł do nas i ukłonił się nam nisko. Potem uniżonym tonem zaprosił nas do wnętrza chatki.
Chociaż mogłoby nam się wydawać, że będzie mała, niepozorna i ciemna w środku, (bo na pewno jej połowa znajdowała się pod ziemią), w rzeczywistości stanowiła całkiem sporą przestrzeń. Przy ścianie ustawiono drewniane ławy wyściełane kosztownym materiałem i długi, szeroki stół. Z drugiej strony był kamienny kominek z dużym garem, znad którego rozchodził się przyjemny zapach. Napalony ogień dawał izbie przyjemne ciepło. Dopiero teraz poczułam, jak zimno (mimo wysokiej temperatury powietrza) musiało mi być w zupełnie przemoczonych ubraniach, z których nadal ściekała woda. Zadrżałam lekko.
Mężczyzna poprosił nas, byśmy usiadły na ławie. Były na niej jeszcze położone dwa grube koce, którymi się przykryłyśmy.
Merlin uśmiechnął się lekko na ten widok, usiadł naprzeciw nas i powiedział:
- Słyszałyście okrzyki ludzi z wioski?
Szczeki nam opadły z wrażenia. Mówił do nas w naszym ojczystym, polskim języku!
Zauważył nasze zaskoczenie, bo roześmiał się przyjaźnie.
- Sądzę, że zastanawiacie się teraz, co tu robicie…
Ewa założyła ręce na piersi i zmrużyła oczy z irytacji.
- Cóż, byłoby nam niezmiernie miło, gdyby nas pan oświecił w tym temacie… - powiedziała z wyraźnie wyczuwanym sarkazmem.
I tym razem mężczyzna zaśmiał się, tyle, że trochę ciszej.
- Myślę, że należy się to wam. Zanim jednak wyjaśnię wam wszystko, może napijecie się albo zjecie coś?
Pokręciłyśmy energicznie głowami. Obie doskonale wiedziałyśmy, że w tym momencie nie byłybyśmy zdolne do zjedzenia czegokolwiek.
Skinął głową na znak zgody.
- Dobrze… Zacznijmy od tego, że mimo wszystkiego, co możecie o tym sądzić, to, co was tutaj otacza nie jest iluzją, dekoracją teatralną ani hologramem komputerowym. To jest prawdziwe… - zignorował moje parsknięcie śmiechem – Trafiłyście do roku 508…
Znów nie potrafiłyśmy opanować śmiechu.
- Chyba nie chce nam pan powiedzieć, że cofnęłyśmy się w czasie! – udało się w końcu powiedzieć Ewie.
Skinął głową, niewzruszony naszą reakcją – która być może wydała mu się zupełnie nie na miejscu.
- Zgadza się. I sądzę, że potrafię zrozumieć, jak się teraz czujecie. Jednak musiałem was tutaj sprowadzić…
Tym razem to ja przerwałam.
- Chwileczkę! Mówi pan, że to przez pana trafiłyśmy tutaj?
Znów skinienie głową. Wyglądał w tym momencie na śmiertelnie poważnego.
- Tak. Rzadko udaje mi się przenieść do dwudziestego pierwszego wieku… To bardzo skomplikowana procedura i możliwa jest tylko raz na pięć lat…
Szczęka sama mi opadła.
- Że co, proszę? Powiedział pan PIĘĆ LAT?! - Ewa nie wytrzymała. Mężczyzna nawet nie zwrócił na nią uwagi.
- Mam na myśli to, ze jesteście tutaj bardzo potrzebne w tym czasie. Obie. Niestety, w zaistniałej sytuacji uznałem, że sprowadzenie was w ten sposób jest jedynym wyjściem…
- Niby, dlaczego? Przecież zupełnie nas pan nie zna… Nie wie pan, kim jesteśmy, bo na pewno nie tą całą Panią Jeziora i lady Shalott… - wypaliłam, coraz mniej rozumiejąc, a czując się coraz bardziej wkurzona. Przecież nie jestem idiotką!
- Czyżby? – uniósł brwi i wskazał nam ręką na arras wiszący na ścianie. Źrenice same rozszerzyły mi się, kiedy ujrzałam, co przedstawiał – postacie ubranych w średniowieczne suknie trzech kobiet. Dwie z nich były bliźniaczo podobne do mnie i Ewy.
- Co to jest? Co to ma znaczyć, do cholery?! – spytała moja przyjaciółka, zdumiona i chyba trochę przerażona, tak samo, jak ja.
„Merlin” zachichotał cicho.
- No właśnie. Ten arras przedstawia trzy słynne średniowieczne damy – Panią Jeziora, czyli królową Avalonu, lady Elaine d’Astolat, panią Shalott, nazywaną również Panią Nenufarów oraz Izoldę Jasnowłosą… Na szczęście, królowa Kornwalii pojawiła się tutaj już wcześniej…
- Chwilę! W takim razie może nam pan wyjaśni, co pan tutaj robi? Chyba nie jest pan jakimś czarodziejem… - spytała, zniecierpliwiona Ewa.
Mężczyzna popatrzył na nią z… politowaniem.
- Panienko, nie trzeba być żadnym czarodziejem, żeby przenieść się w czasie…
W tym momencie nie wytrzymałam i mruknęłam:
- Oczywiście! Przecież takie rzeczy zdarzają się codziennie!
Zmroził mnie wzrokiem.
- Masz rację. Okazuje się, że codziennie otwiera się na świecie jakiś tunel w czasoprzestrzeni, który pozwala na przejście w inną epokę…
Szczęka mi opadła i przez jakiś czas nie mogłam nic powiedzieć. Ten mężczyzna chyba nam obu wydawał się jakby… nawiedzony.
Dopiero po pewnym czasie Merlin wyjaśnił nam wszystko na tyle, że zrozumiałyśmy, o czym do nas mówi.
Okazało się, że nasz rozmówca w naszych czasach był… profesorem zwyczajnym na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wykładał…astrofizykę oraz jakiś rodzaj chemii. Wyjechał na wymianę nauczycieli do Anglii i podczas wakacji prowadził badania na temat tuneli czasoprzestrzennych. Wtedy też wpadł do jednego z nich, właśnie w tym samym miejscu, w którym wpadłyśmy my i znalazł się we wczesnym średniowieczu!
Nie przerywał prac i w końcu zorientował się, że może co pięć lat przenosić się z szóstego wieku do dwudziestego pierwszego, dokładnie do momentu, w którym zniknął. W ten sposób spędził ponad dwadzieścia lat w tej krainie, (z czego postarzał się tylko o dziesięć). Tylko za każdym razem wracał do naszych czasów, aby uzupełnić zapasy.
Ludzie nazywali go… Merlinem, legendarnym czarodziejem, (chociaż w rzeczywistości nazywał się… Marcin Tomaszewski). Tuż po pojawieniu się w tych czasach pomógł ówczesnemu królowi – Utgerowi. Przekazał mu on, tuż przed swoją śmiercią, opiekę nad swym synem, Arturem, który jakiś czas temu jako jedyny wyciągnął ze skały miecz Excalibur i zasiadł na tronie w zamku Camelot.
Merlin powiedział nam, że musiał nas sprowadzić do tych czasów, ponieważ jesteśmy łudząco podobne do legendarnych postaci. To samo zrobił pięć lat temu ze swoją byłą uczennicą, Anną, (która, gdyby w tym momencie wróciła, byłaby od nas tylko dwa lata starsza). Została ona Izoldą Jasnowłosą, księżniczką Irlandii, która wyszła za mąż za Marka – króla Kornwalii.
Poza tym, dowiedziałyśmy się, że, chociaż Artur ma dopiero dziewiętnaście lat, już od czterech włada Camelotem. Dowodzi też Rycerzom Okrągłego Stołu, do których nalezą sir Lancelot, sir Gawain, król Marek, sir Lamerom, sir Tristan, sir Garetha, sir Palamedes oraz sir Kay. Mordred, przyrodni brat Artura, (który długo uznawał siebie za następcę Utgera), jakiś czas temu zdradził władcę Camelotu i tym samym został wygnany z państwa, którym włada Artur.
Profesor powiedział nam, że… musimy z Ewą zamieszkać w Camelocie, aby chronić Artura. Nie wytłumaczył nam, jak mamy to robić ani dlaczego. Potem zostawił nas same w chacie, byśmy przebrały się w odpowiednie szaty.
Z trudem podniosłyśmy wieko ciężkiego kufra, który nam zostawił. Przez chwilę stałyśmy nieruchomo, bo w feerii barw ukrytych w środku nie potrafiłyśmy rozróżnić poszczególnych części garderoby. Nie wspomnę już o tym, że nawet, kiedy je wyjęłyśmy, miałyśmy niemały kłopot z tym, do czego one służą i jak je na siebie założyć. Nie było to jednak ważne, bo kiedy drżącą ręką dotknęłam delikatnych materiałów, poczułam się jak dziecko, które pod choinkę dostaje wszystko, czego tylko zapragnęło. Najwyższej jakości, czysty jedwab pieścił delikatnie moje ciało, czułam go każdym nanometrem skóry na palcach i dłoniach. Mogłam rozpoznać każdy odcisk, jaki powstał na nich z powodu długotrwałego, ręcznego pisania. Pomyślałam, że chyba nie ma lepszego lekarstwa i ukojenia dla podrapanych i zmęczonych dłoni niż dotyk tak cudownej materii…
Przez chwilę stałam tak, tylko pocierając palce o materiał, ale potem, nie zastanawiając się nawet, wyciągnęłam całą suknię z kufra i podeszłam do kominka, by przyjrzeć jej się w lepszym świetle. Oczarowana, nie zauważyłam, że podobnie postąpiła moja przyjaciółka.
Zielony jedwab był ozdobiony tylko przy dekolcie, na krawędziach rękawów, i u rąbka sukni. Haft ze złotej nici utworzył tam dziwny, bardzo skomplikowany wzór. W świetle paleniska obserwowałam zafascynowana, jak skrzył się, przypominając mi moment, kiedy poprzedniego dnia ujrzałam promienie słońca odbijające się w tafli jeziora.
Suknia miała skromny krój – rozszerzające się do nadgarstków rękawy, góra delikatnie zwężana aż do talii oraz długa, pięknie rozkloszowana spódnica. W skrzyni znalazłam też płaskie pantofle o skórzanej, mocnej podeszwie, ale też na zewnątrz wykonane z tego samego materiału, co strój, czepiec z delikatnym welonem, zakrywający włosy z tyłu oraz pelerynę z dużym, szerokim kapturem – z wierzchu czarną, a w środku – identyczną, jak cała reszta.
Dopiero po jakimś czasie zerknęłam na Ewę. Wyglądała na równie oczarowaną błękitną szatą trzymaną w swoich dłoniach, co ja. Zachichotałyśmy, najpierw cicho, a potem już głośno.
- Jeśli teraz okaże się, że te wspaniałości będą na nas za małe, to złamię swoje noworoczne postanowienie i zacznę strasznie kląć! – powiedziała w końcu moja przyjaciółka.
- Cóż, droga Elaine… - zaakcentowałam to jej nowe imię – wydaje mi się, że nie pozostaje nam nic innego, jak po prostu to sprawdzić…
Przebierałyśmy się, pomagając sobie nawzajem. Doszłyśmy do wniosku, że trochę czasu upłynie, zanim nabierzemy wprawy w zakładaniu tych przepięknych, chociaż dziwnych szat.
A jednak, okazało się, że wszystko było jakby szyte na naszą miarę, chociaż Ewa jest ode mnie niższa i szczuplejsza.
Po jakimś czasie, już gotowe, stanęłyśmy naprzeciw siebie i lustrowałyśmy się wzajemnie w świetle ognia.
Ewa wyglądała naprawdę prześlicznie – jej strój miał podobny fason o mojego, ale zamiast dekoltu w karo – wcięcie w szpic. Przypominała mi trochę w tej chwili leśnego elfa albo wróżkę. Kto by pomyślał, że taki drobiażdżek jak ona miał bardzo silny prawy sierpowy (na szczęście, nie miałam okazji poznać tego na własnej skórze) oraz znał dziesięć sposobów zabicia człowieka za pomocą zwykłej igły, (chociaż wydaje mi się, że do tej pory żadnego z nich nie wykorzystała).
Dygnęłam przed nią bardzo nisko.
- Milady, jestem pewna, że wzbudzisz zachwyt wszystkich szlachetnych rycerzy oraz zazdrość dam…
Przyjaciółka uśmiechnęła się szeroko i tym razem to ona mnie się skłoniła.
- Czym jest zachwyt panów i zazdrość pań w porównaniu z szacunkiem i czcią należną Potężnej Pani Jeziora…
Tym razem roześmiałyśmy się tak, że przez pewien czas brzuchy nas bolały, chociaż nasze suknie w żadnym miejscu nie ściskały nas zbyt mocno.
Wtedy do chaty wszedł znów „Merlin”. Obrzucił nas spojrzeniem pełnym uznania, po czym powiedział:
- Sądzę, że teraz każdy uwierzy w to, że jesteście szlachetnymi damami… Spakujcie swoje rzeczy z dwudziestego pierwszego wieku do tego kufra. O komputer i odtwarzacze nie musicie się martwić. W piwnicach zamku oraz wieży, którą mi udostępniono, utworzyłem laboratorium, w którym udało mi się również skonstruować prymitywną prądnicę działającą przy użyciu energii słonecznej oraz siły błyskawic. Mam nadzieję, że jesteście już gotowe do drogi?...
W odpowiedzi tylko skinęłyśmy głowami i wykonałyśmy szybko jego polecenie. Potem wyszłyśmy przed chatę. Słońce zaczęło już chylić się ku zachodowi. Ludzie, którzy nas tu przyprowadzili, cierpliwie jednak czekali i na nasz widok rozległy się okrzyki radości i wiwaty. Pokazali nam duży wóz, na którym ułożono nasz kufer. Były do niego z tyłu przywiązane dwa przepiękne wierzchowce.
Spojrzałyśmy na siebie niepewnie. Do tej pory żadna z nas nie miała okazji do nauki jazdy konnej. Przecież to było wyjątkowo drogie hobby i wymagało poświęcenia czasu…
Profesor jednak stanął tuż obok nas i szepnął tak, byśmy tylko my usłyszały:
- To dwie najspokojniejsze klacze w kraju. Trzymajcie się dobrze w siodle i nie ciągnijcie zbytnio za wodze, a wszystko będzie w porządku. One znają drogę do zamku i same was poprowadzą.
Podeszliśmy do koni. Ewie przypadła Alfa o maści prawie identycznego koloru, co jej włosy – złotorudego. Mnie natomiast – Omega, której sierść bardzo przypominała moje ciemnobrązowe włosy. Byłam bardzo ciekawa, kto wymyślił imiona dla obu klaczy. Miałam co do tego pewne podejrzenia.
Chociaż trochę drżały mi kolana, odważnie podeszłam do Omegi i pogładziłam ją po jedwabistym grzbiecie. Miała bardzo mądre oczy i poczułam się tak, jakby mówiła mi: „Nie martw się, Wszystko będzie dobrze! Zaopiekuję się tobą i jeszcze wiele kilometrów przebędziemy razem… Mogę cię nawet zapewnić, że nie spadniesz, aby skręcić sobie kark…”.
W końcu jej zaufałam i obie z Ewą zdecydowałyśmy się wsiąść na konie. Miały damskie siodła, więc, kiedy już udało mi się znaleźć na górze, spojrzałam w niebo i przeżegnałam się. Modliłam się w duchu, by nie ześlizgnąć się, nie upaść i wreszcie – by utrzymać się na wierzchu i bezpiecznie dojechać do celu.
Wzięłam wodze od jednego z pomagających mi chłopców i w podziękowaniu posłałam mu szeroki uśmiech. Jego trochę brudna buzia od razu się rozjaśniła. Mógł mieć z dziesięć lat, ale miał chyba większe doświadczenie z końmi ode mnie, więc szybko mnie zrozumiał, ale milczał, jakby postanowił zachować dla siebie ten sekret.
Merlin również wsiadł na swojego wierzchowca – jak się później okazało, Newtona. Miał jechać na samym przedzie, a my – tuż za nim.
W końcu ruszyliśmy w drogę do zamku. Leśna ścieżka, którą jechaliśmy, wyglądała raczej na często uczęszczany trakt. Nasz przewodnik wyjaśnił nam, że jest to jeden z głównych szlaków prowadzących z tego wybrzeża przez las do Camelotu.
Dopiero po jakiejś godzinie dotarliśmy do wzgórza, na którym stał legendarny pałac i gród, otoczony wysokim murem obronnym.
- Jakby wcale się nie zmienił… - szepnęłam sama do siebie, pamiętając, jakże podobny był w dwudziestym pierwszym wieku. Kto by wtedy pomyślał, że zauroczył mnie właśnie ten „baśniowy”, legendarny zamek króla Artura…
Pani Jeziora
Nastrój:
tagi:
PROLOG
środa, 23.stycznia.2008, 12:01
Muszę przyznać, że ciekawy mi się udał wstęp do tego opowiadania;) Być może własnie dlatego szybko postanowiłam przynajmniej Prolog zakonczyć. Własnie dla tego, mam zaszczyt zaprezentować państwu ten oto mały fragmencik;)
***
PROLOG
Wszystko zaczęło się tego lata, kiedy razem z rodziną pojechaliśmy na wakacje do Anglii, do hrabstwa Devon. Mieliśmy tam odwiedzić naszych kuzynów, którzy już jakiś czas temu przeprowadzili się tam na stałe.
Ciocia, wuj oraz siedemnastoletni Tomek i dwunastoletni Marek wynajęli na ten czas domek letniskowy w uroczym ośrodku nad jeziorem.
Okolica była przepiękna, a dokoła wszędzie lasy. Jednak z drugiej strony zbiornika wodnego – prawdziwy średniowieczny zamek! Taki wielki, doskonale zachowany, z murami obronnymi… Po prostu cudowny! Rodzice obiecali mi, że w ciągu pobytu na pewno pojedziemy tam i zwiedzimy go. Przy okazji zauważyłam reakcję mojego młodszego rodzeństwa na ten pomysł – ani Basia, ani Paweł nie mieli najmniejszej ochoty tracić pięknej pogody i czasu, by zwiedzać w ciągu tych dwóch tygodni jakieś stare zamczysko.
Trudno – pomyślałam – chociaż ten jeden raz rodzice poparli mój pomysł, bo wyraźnie też chcieli zobaczyć, czy od środka budowla też jest tak dobrze utrzymana.
Kiedy pierwszego dnia dotarliśmy na miejsce, rozpakowaliśmy bagaże w niewielkim, piętrowym domku z dwoma sypialniami i jedną łazienką. Już się cieszyłam na te godziny czekania na swoją kolej…
Odświeżyliśmy się, a Tomek i Marek zaproponowali nam, byśmy następnego dnia popływali łódką po jeziorze. Wzdrygnęłam się na samą myśl.
Nie miałam na myśli tego, że nie umiem pływać – co to, to na pewno nie! Uwielbiam spędzać całe godziny w wodzie, ale… basenu, gdzie można od razu zobaczyć dno i nie ma jakichś nieznanych, ukrytych głębin. Poza tym, nie byłam pewna, czy w jeziorze nie ma jakichś zanieczyszczeń, które by nie pozwoliły pływać. Zdecydowanie bardziej wolałabym nie płynąć tą łódką, aby ryzykować, że wpadnę do wody i może nawet już nie wypłynę na powierzchnię… W dodatku – nigdy nie umiałam nurkować z otwartymi oczami! Potrzebowałam do tego okularów pływackich, które zepsuły mi się dzień przed wyjazdem. Miałam kupić sobie nowe dopiero dzień później, kiedy mieliśmy zwiedzać pobliskie miasto.
Trudno, zgodziłam się. Nie mieliśmy przecież pewności, że piękna pogoda, która nam towarzyszyła, długo się utrzyma. Ustaliliśmy, że wypłyniemy z samego rana.
Po obiedzie zdecydowałam się na dłuższy spacer. Spytałam tylko rodziców zgodę. Nie mieli żadnych przeciwwskazań. Od dawna wiedzieli, że lubię sama robić sobie przechadzki. Zawsze zabierałam ze sobą wszystkie niezbędne rzeczy i, oczywiście, telefon.
Wszystko spakowałam do swojego niebieskiego, nieprzemakalnego plecaka. Mogłam być pewna, że nawet laptop albo książki nie zniszczą się w nim w razie, gdybym chciała popływać. Miał tak szczelne zamknięcie, że niemożliwe było, by dostała się do niego do środka woda. Był on taką moją małą obsesją. Kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy dwa lata temu na wystawie w sklepie sportowym, powiedziałam sobie, że muszę go mieć. Nie zastanawiałam się wtedy, czy będę miała z niego jakiś pożytek, po porostu chciałam posiadać coś takiego. Dość długo odkładałam pieniądze, aby kupić go sobie samodzielnie. To dlatego schudłam w ciągu ostatnich dwóch lat ponad dwadzieścia pięć kilo – nie kupowałam sobie w szkole batoników. Kiedy dostawałam pieniądze, nie wydawałam ich na słodycze, tylko skrupulatnie odkładałam do skarbonki. Poza tym, codziennie ćwiczyłam i pracowałam w ogródku – wiosną i latem przy kwiatach, jesienią – grabiąc liście, a zimą – odgarniając śnieg.
Ostatecznie na wymarzony plecak dostałam na ostatnie urodziny w prezencie od rodziców. W ten sposób pieniądze, które wcześniej na niego odłożyłam, przeznaczyłam na spłatę części swojego własnego laptopa. Pozostałe raty rodzice systematycznie odtrącają mi z kieszonkowego.
Przed wyjściem na spacer założyłam pod zwyczajne ubranie swój jednoczęściowy kostium kąpielowy – na wszelki wypadek. Obiecałam rodzicom, że wrócę przed kolacją.
Na początku miałam zamiar tylko przejść się kawałek wzdłuż brzegu, ale w trakcie marszu zdecydowałam się całkowicie okrążyć jezioro. To dodawało mi jeszcze ponad dwie godziny, ale w tym momencie nie zwracałam na to uwagi. Cieszyłam się ciepłem, jakie dawało mi słońce na bezchmurnym niebie. Oczywiście, zawczasu założyłam na głowę słomkowy kapelusz – nie miałam przecież zamiaru dostać udaru słonecznego, aby potem aż do końca pobytu cierpieć w samotności.
Możliwe, że uznacie, że jestem strasznie głupia, lekkomyślna, lub naiwna, ponieważ zdecydowałam się na samotną, dosyć długą wędrówkę po nieznanym terenie. Moja rodzina wie jednak dobrze o tym, że jestem typem samotnego wędrowca. Tylko moja przyjaciółka Ewa jest zdolna wytrzymać ze mną podczas takich dłuższych spacerów lub wycieczek rowerowych.
Zawsze lubiłam wyzwania. Tym razem, było nim dla mnie okrążenie akwenu i poznanie okolicy. Poza tym, bardzo chciałam bliżej podejść do wielkiego zamku stojącego na skale.
Trzymałam się brzegu jeziora, bo nie miałam zamiaru ryzykować zagubienie się w wielkim lesie, mimo tego, że obliczyłam, że, kierując się wciąż na południe, dotarłabym następnego dnia do samego Kanału La Manche.
Po półtorej godziny byłam wciąż oczarowana pięknem otaczającej mnie przyrody. Nawet udało mi się znacznie zbliżyć do zamku. Wznosił się dokładnie nade mną, ponieważ wybrałam ścieżkę ciągnącą się przez plażę u samego podnóża skały, na której był oparty. Ucieszyłam się, że nie muszę od razu wspinać się na sam szczyt. Chciałam przyjrzeć się tej budowli dokładniej wtedy, kiedy zajrzę do jej wnętrza.
Trochę się zmęczyłam. Znalazłam duży głaz częściowo zanurzony w jeziorze. Wdrapałam się na niego i usiadłam, spuszczając stopy do samej wody. Pomyślałam, że z tego miejsca mogłabym do niej bez najmniejszego problemu zsunąć się lub zeskoczyć. Z tej perspektywy wcale nie wydawała mi się niebezpieczna czy niepokojąca. Była taka piękna, przejrzysta… Z zachwytem obserwowałam promienie chylącego się ku zachodowi słońca, które odbijały się w tafli jeziora, tworząc nadzwyczajną, złotą poświatę.
Bolące nogi pod wpływem orzeźwiającej kąpieli przestawały mnie boleć. Siedziałam bez ruchu jakiś czas, patrząc w przestrzeń. Być może ktoś, kto zobaczyłby mnie po raz pierwszy, mógłby pomyśleć, że lenię się i nic nie robię. Tymczasem wsłuchiwałam się w nadzwyczajną ciszę, co jakiś czas zakłócaną przez odgłosy natury. Zamknęłam oczy i rozkoszowałam się tym wszystkim przez jakiś czas.
W pewnej chwili poczułam ogromną chęć, aby ruszyć się z miejsca. Zdałam sobie sprawę, że nie boję się już tajemniczych wód jeziora. Może nawet wręcz przeciwnie, bo jak można się lękać czegoś tak cudownego?
Zdjęłam wierzchnie ubranie i włożyłam je do plecaka. Związałam włosy na czubku głowy i powoli zanurzyłam się w wodzie. Kiedy już sięgała mi pasa, zaczęłam płynąć na brzuchu, całe czas trzymając twarz nad powierzchnią i swoje rzeczy przed sobą. W ten sposób pokonałam ponad połowę drogi. Nie śpieszyłam się, ciesząc się czystym, przyjemnym i tylko lekko ciepłym „basenem”.
Dopiero po dłuższym czasie znowu poczułam zmęczenie i zdecydowałam się wyjść na brzeg. Wysuszyłam się wcześniej przygotowanym ręcznikiem i znów ubrałam się w normalne ubranie. Niestety, podczas pływania nie udało mi się uniknąć zamoczenia włosów, więc również były mokre.
Została mi tylko jedna trzecia drogi. Przewidywałam, że powinnam za jakąś godzinę wrócić do naszego domku.
Obejrzałam się za siebie. Piękny, majestatyczny zamek stał na skale, jakby był tam od zawsze. Zastanowiło mnie, czy ręka ludzka mogła rzeczywiście wybudować coś tak wspaniałego. Przecież to wszystko wyglądało, jakby było z innego świata, zbudowane za pomocą czarów.
W tym momencie tuż przede mną zatrzymał się samochód. Zwróciłam na niego uwagę dopiero, kiedy usłyszałam trzask otwieranych tylnych drzwi. Wyskoczyła z nich… moja najlepsza przyjaciółka, Ewa!
- Ewka, co ty tutaj robisz? – Udało mi się wykrztusić, kiedy podbiegła do mnie i uścisnęła mnie wyjątkowo mocno jak na osobę o tak kruchej sylwetce.
Przyjaciółka uśmiechnęła się do mnie szeroko.
- Powinnam o to samo zapytać ciebie. Jednak powiem ci: opowiadałaś, że przyjeżdżacie tutaj na wakacje, więc kiedy tydzień temu mam wróciła z pracy z wiadomością o specjalnej, wakacyjnej premii, od razu zaproponowałam, byśmy też wybrali się tutaj! Więc… jesteśmy!
Roześmiałyśmy się obie. Dopiero po dłuższej chwili Ewa mogła mnie zapytać:
- Skoro już wyjaśniłam ci, co tutaj robię, to może teraz uświadomisz mi, co TY robisz w tym miejscu. Przecież ośrodek jest tam. – Wskazała na nasze domki letniskowe, dosyć oddalone od nas.
Potem zerknęła niepewnie na moje mokre włosy i wyraźnie niecierpliwie czekała na moją odpowiedź.
- Wyszłam na spacer… - odpowiedziałam po prostu. Przyjaciółka od razu mnie zrozumiała i nie pytała o to więcej. Zamiast tego zaproponowała:
- Myślę, że w tej sytuacji najlepiej będzie, jeśli podwieziemy cię. Wtedy na pewno zdążysz na kolację.
Znów nie mogłyśmy powstrzymać głośnego śmiechu.
Zgodziłam się i usiadłam razem z Ewą na tylnym siedzeniu. Przywitałam się z jej mamą i ruszyliśmy w stronę ośrodka.
***
Mój kuzyn Tomek był wyraźnie oczarowany Ewą. Ledwie powstrzymywałam się od śmiechu, kiedy widziałam go wodzącego za nią wzrokiem podczas kolacji. Siedziała obok mnie, więc czasami udało mi się uchwycić jej rozbawione spojrzenie.
Ponieważ następnego dnia mieliśmy bardzo wcześnie wyruszyć w drogę, szybko udaliśmy się do swoich kwater i położyliśmy się spać.
***
- Jak przyjemnie jest tak siedzieć i nic nie robić… - westchnęła moja przyjaciółka.
Miałyśmy miejsce z tyłu łodzi i wygrzewałyśmy się na słońcu, w czasie, gdy pozostali z zapałem wiosłowali. My też chciałyśmy coś zrobić, ale zwyczajnie nas ubiegli i potem już nie pozwolili niczego dotykać.
Kiedy dopłynęliśmy blisko środka jeziora, zatrzymaliśmy się. Przez jakiś czas po prostu delikatnie dryfowaliśmy, ciesząc się pogodą i ciepłem.
- Myślisz, że mogłybyśmy spędzić tak całe życie? – spytała mnie przyjaciółka, ale nie bardzo wiedziałam, czy żartuje, czy mówi poważnie, bo oczy miała przysłonięte okularami przeciwsłonecznymi.
Właśnie miałam coś jej odpowiedzieć, ale poczułam, jak łódź niebezpiecznie się kołysze. Zerknęłyśmy obie w stronę jej drugiego końca. Chłopcy się szturchali i szamotali, a my byłyśmy dosyć do połowy wychylone za burtę. Wiedząc, jak może się to skończyć, miałyśmy właśnie na nich krzyknąć i doprowadzić do porządku, kiedy…obie znalazłyśmy się pod wodą.
Zacisnęłam oczy po omacku odszukałam przyjaciółkę. Byłyśmy dokładnie pod łodzią i wiedziałam, że w tym momencie bezpieczniej byłoby po prostu wypłynąć po drugiej jej stronie. Z ciężkim, wodoodpornym plecakiem uwieszonym na ramieniu, dopiero po prawie dziesięciu sekundach poczułam, że moja głowa jest ponad powierzchnią wody i mogłam gwałtownie zaczerpnąć powietrza.
***
Otworzyłam oczy i spojrzałam na Ewę. Jeśli wyglądałam podobnie do niej w tej chwili, to pewnie obie przypominałyśmy zmokłe kury. Roześmiałyśmy się głośno, unosząc się na wodzie i co chwila pokazując na siebie. W końcu, kto mógłby pomyśleć, że to właśnie my wpadniemy do wody. Dopiero po chwili uspokoiłyśmy się.
Pomyślałam, że jest strasznie cicho wokół nas. Chyba powinnyśmy usłyszeć pozostałych. W tym momencie zaczęłyśmy rozglądać się dookoła.
Chociaż teoretycznie nie odpłynęłyśmy od miejsca, w którym się zatrzymaliśmy, okazało się, że łodzi ani naszych towarzyszy… nie było nigdzie w zasięgu naszego wzroku!
Pani Jeziora
Nastrój:
tagi: